Ogród - a w zasadzie teren przyszłoogrodowy - został prawie, że doprowadzony do stanu właściwego. "Prawie że" oznacza jeszcze jakąś godzinkę koszenia, ale już widać początek końca. Pomysł zakupu kosy spalinowej, który napadł mnie znienacka i został zrealizowany równie szybko jak mnie napadł, okazał się być strzałem w dziesiątkę. Małżonek przodem z kosą, ja za nim z kosiarką:).
Teraz ogrodzenie - będzie ciężko - już to widzę. Jak przekonać mą drugą połówkę, że teraz (skoro kosę już mam) to MUSZĘ mieć ogrodzenie.
Już wystarczy katastrofalne późnienie wywołane powodzią. Co prawda nasza działka jest bardzo wysoko, ale z powodu zalania drogi łączącej Tarnobrzeg i Sandomierz, odległość 15 km dzieląca oba miasta wydłużyła się do ponad 50ciu.. A to oznaczało ni mniej ni więcej 100 km w obie strony - absolutna katastrofa zarówno odległościowa jak i czasowa. Naturalnie nie było marudzenia - nam wydłużył się dojazd - ludzie stracili cały majątek, tego się nie da w żaden sposób porównać. Nawet zresztą nie próbuję. Sama też doświadczyłam czym jest powódź ratując dom rodzinny w Jaśle - klęska - tyle można na ten temat.
Tak czy inaczej teren przyszłoogrodowy zamiast zamieniać się powoli w ogród w czasie właściwym musiał czekać. No i doczekał się. Most otworzono i choć droga nadal jest nieprzejezdna, to opłotkami do mostu mamy jakieś 25 km - a to już zupełnie co innego...:).
Teraz wszystkie siły i zabiegi muszę skupić na: a) zakupie siatki, drutów, słupków, cementu,b)przewiezieniu wyżej wymienionego, c)zamontowaniu wyżej wymienionego. Plan jest prosty i łatwy do zapamiętania. Kto żyw niech trzyma kciuki:))))).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz